Podlaskiej Brygady flis Narwią
Dodane przez Proboszcz dnia Kwiecień 05 2011 07:33:04


Pierwszy wiosenny weekend to u nas tradycyjnie czas przemarszu. Pierwszy raz "Przebiśniegi" były wyprawą łodzią po Narwi.

Jak zwykle, bardzo ważne były przygotowania. Trzeba było szykować sprzęt i przygotować odpowiednie dla przemarszów pożywienie. Chłopaki wędzili i suszyli mięso, Janusz z Adamem wędzili leszcze, upieczony został chleb. Ze względu na jazy, występujące przy nich wiry i wsteczne prądy zdecydowaliśmy się zaopatrzyć w niehistoryczne kapoki. Również ze względów bezpieczeństwa panował całkowity zakaz spożywania alkoholu.

Wyruszyliśmy w sobotę o 7:25 w 8 osób, na brzegu leżał jeszcze śnieg, temp -4C, wiał słaby wiaterek Podział ról był następujący: 4 wioślarzy, sternik sterujący wioślarzami siedzący na rufie, obserwator mielizn zaopatrzony w bosak na dziobie i dwóch zmienników wioślarzy. Wiosłowania nie było dużo, przy sprawnym sterowaniu łódź doskonale trzymała się kursu. Prędkość płynięcia na oko wynosiła 5-7 km na godzinę. Często na łodzi zapadała cisza spowodowana wrażeniami jakie dawała przyroda. Wszędzie rozlewiska, podtopienia i tysiące migrujących ptaków. Nie spróbuję nawet opisać atmosfery i panującego nastroju. Nie bez znaczenia był też dobór załogi, szkoda tylko, że nikomu z poza naszej Podlaskiej Brygady nie udało się dojechać.
Po drodze zrobilismy trzy dłuższe przerwy. Wylądowaliśmy: za Łazami, obok Łaśi Toczyłowo i w Strękowej Górze. Nie spieszyliśmy się zupełnie. Obóz rozłożyliśmy na małej kępce, oblanej z trzech stron wodą i lodem, w malutkim lasku, czy raczej kępce kilkudziesięciu drzew. Bączek, zbudował sobie szałas, reszta po przygotowaniu opału na noc spała na filcu i kożuchach przykrywających zebrane igliwie i przykryta wełnianymi derkami lub filcem. Nad ranem okazało się, że całe zapasy wody są zamarznięte a temperatura powietrza wynosi - 9C. Nie odczułem zbyt mocno tego zimna, na i pod filcem spało się przyjemnie i twardo. Wyruszyliśmy po śniadaniu dalej. Nawet na płynącej Narwi przy brzegach stało trochę lodu co mi uświadomiło jak nisko spadła nocą temperatura.
Obok Góry Strękowo, bastionu Raginisa, przepłynęliśmy w ciszy zmąconej tylko poleceniami sternika. Im dalej w dół rzeki tym zwiększała się szerokość rozlewisk. Przed ujściem Biebrzy woda miejscami kończyła się aż za horyzontem. Kiedy okazało się, że muszę wracać natychmiast do domu, ciężko nam było znaleźć miejsce do wylądowania. Końce szerokości rzeki stanowiły podtopione łąki, na tyle płytkie, że nie można było na mającej spore zanurzenie łodzi dotrzeć po nich do brzegu. Nic dziwnego, że przez wieki najpopularniejsze były tu płaskodenne pływadła.
To był chyba pierwszy przemarsz, po którym większość nie była zmęczona a jak zwykle nabyliśmy masę doświadczeń. Byliśmy bardzo zadowoleni.

Zapraszam do obejrzenia zdjęć: