Kolejny jesienny przemarsz.
Dodane przez Proboszcz dnia Grudzień 27 2011 11:17:51


Poranną mgłę rozrzedza blady świt, towarzysze otwierają oczy. Woda obmywa pocięte bliznami mordy, łokcie ścierają szron z siodeł. Czas ruszać. W sakwach jest dużo wolnego miejsca choć zapakowali całą gorzałę. Przez dziury w szatach ze świstem przewierca się wiatr, wielu zdezerterowało. Towarzystwo kulbaczy bardziej od siebie nażarte konie. Wyciągnęli je z cudzych stajni, nie płacili. Zbiórkę odtrąbiono na rynku, pół stai od zamku, gdzie ich ostatni wódz trzyma moskiewskich jeńców i zdobyczną armatę. Miało je towarzystwo zamienić na żołd, Czarniecki zabrał łup dla siebie.

Kopyta równo chrzęszczą w wyschniętym nadrzecznym piachu. Hajda na zachód, wzdłuż nurtu Narwi. Przed nimi niezłupione wioski. Nim dojeżdżają do pierwszej, pada jeden z wałachów. Do odegnania licha wystarczy splunąć przez ramię. Dla osieroconego jeźdźca wystarczy dojść do najbliższej stajni.

Swojska gorzała wlewa się do wyschniętych gardeł. Towarzysze dotarli do wsi, którą ominęli inni. Na ich styranych wojnami mordach pojawia się uśmiech. Kłus coraz częściej przeradza się w galop. Szybko wracają na szlak, choć raz pomylili drogę. Zatrzymują się w miejscu, gdzie podróż przegradza rzeka.

Towarzysze przebywają galopem bród. Po brzuchy koni, po fontanny wody chlustającej na twarze. Trzeba się spieszyć by zdążyć przed nocą. Ulice zadbanych wsi są puste. Języka trzeba szukać na podwórzach. Nigdzie obcych podjazdów, nigdzie nie widać wroga. Na rżysku przed lasem towarzysze ćwiczą walkę. Dalej pędem w las i zawody ze zmrokiem.

Sad z jasnymi jabłkami, biały dwór z kolumnami i siwy dym nad nim. Tu towarzysze przetrwają ciemną noc. Smród nasiąkniętych końskim potem kulbak, zapach palonego wosku i woń z uginającego się od potraw stołu. Na jednych działa to usypiająco, pozostali zabijają sen ucztując z gospodarzem. Ranek dobrze witać pełnymi brzuchami. Ranek rozpoczyna zupełnie inny dzień. Z zamku dociera posłaniec. Towarzysze zostają zaproszeni na rozmowy.

Na otarte końskie grzbiety szlachta pakuje obite kulbakami tyłki. Droga nie jest daleka, koniec wyprawy blisko. Krótki popis na dziedzińcu zamku i znowu uczta.

Ciepły niedzielny zmierzch kończy dwa dni przygody. Pora do domu.


Galeria.